Obiecałam to napiszę :)
Żeby wszystko zrozumieć, musimy cofnąć się do listopada 2013.
Wtedy to właśnie nic nie podejrzewając byłam sobie w pracy, gdy nagle otworzyły się drzwi lokalu i do środka wszedł On wraz ze swoimi znajomymi. Przywitał się normalnie i poszli usiąść jak każdy normalny klient. Mnie się gorąco zrobiło od razu na jego widok i wszystkie koleżanki się śmiały, że ło no to z tego na pewno coś jeszcze będzie. Oczywiście zaprzeczałam, nie z głupio fałszywej skromności, ale raczej wtedy naprawdę byłam o tym przekonana. No, bo jak to ? Miałabym wrócić po 3 latach do faceta, który rzec można mnie wystawił i musiałam oddać mu pierścionek zaręczynowy? Pf! Niedorzeczne! :D
Cóż, pan D. zgadywał wtedy do mnie, ale ja udawałam bardzo zajętą pracą, choć akurat zajęta wcale nie byłam :P No i tak sobie poszli. Aha, dodać ja muszę dla jasności, że po około roku od naszego rozstania nawiązaliśmy kontakt na fb, ale to był sporadyczny kontakt na zasadzie co słychać itp. Nic wielkiego.
W każdym razie po tym epizodzie zaczęło się też psuć już między mną a K. No i coraz częściej nawiedzały mnie myśli, że może K. nie jest tym jedynym i że może spotkam jeszcze kogoś innego. Ciągle nie myślałam tutaj o panie D.
Z panem D. wyszło śmiesznie. Otóż potrzebowałam namiarów na kogoś kto zna się na stronach internetowych i wiedziałam, że właśnie pan D. może mi kogoś polecić, więc po prostu zapytałam go to, przy następnej bytności na szacownym portalu fb. No i jakoś rozmowa nam zeszła tak, że pan D. zaczął mnie komplementować. Trochę się posypałam w tej rozmowie i na za dużo sobie pozwoliłam, co strasznie mnie nurtowało i na drugi dzień napisałam mu smsa, sprawdzając tym samym czy ma ten sam nr tel (:p), no i tak zaczęło się smsowanie, dzwonienie do siebie itp. Tak, w tym czasie ciągle jestem z K.
No i w końcu zrywam z K. a od pana D. słyszę pytanie o spotkanie. Jestem rozdarta jak cholera, bo pamiętam co mi zrobił, a jednocześnie tak mnie do niego ciągnie. I... zgadzam się, a potem na dzień przed odwołuję spotkanie jak tchórz. Tak, brawo dla mnie.
Pan D. się nie poddaje. Ale ja miażdżę jego nadzieje mówiąc, że nic z tego nie będzie, że ma się ode mnie odczepić i cóż, odrzucam propozycje sylwestrowe pana D.
Sylwestra spędzam z przyjaciółką na imprezie, gdzie bawię się świetnie, ale... w głowie siedzi mi pan D. Dlatego po powrocie do domu jakoś znów gadamy na tym przeklętym fb. Tym razem udaje mu się mnie namówić na "zupełnie przyjacielską naukę jazdy na łyżwach". Zgadzam się.
W międzyczasie jednak D. się rozchorowywuje i zamiast jazdy na łyżwach, gdy wyzdrowieje proponuje mi spotkanie jako znajomi. Głupia, zgadzam się.
W umówionym dniu przyjeżdża po mnie pod dom z kwiatami i już wiem, że to nie będzie spotkanie przyjacielskie. Jeszcze nie wiem czy mi się to podoba.
Zabiera mnie w najbardziej romantyczne miejsce w jakim byłam i czas się zatrzymuje. Serce przyspiesza, a ja już wiem, że to jest człowiek na którym tak naprawdę nigdy nie przestało mi zależeć. I że choćbym miała cierpieć jeszcze tysiąc razy przez niego, to chcę zaryzykować.
Wszystko toczy się szybko. Są pocałunki. Wracam w nocy.
Na następnym spotkaniu pada pytanie "Wrócisz do mnie?", a ja nie waham się ani chwili nad odpowiedzią.
Dwa tygodnie później, w nocy, u niego, padają słowa, których nigdy nie zapomnę: "Kocham Cię".
To już dwa miesiące odkąd powiedziałam mu "tak, wrócę do Ciebie", jesteśmy strasznie szczęśliwi i mam nadzieję, że tak już zostanie :)
Dziewczyny tym wpisem kończę stare dzieje. Kończę tego bloga. Jak chcecie, to zapraszam was tutaj: http://kobiece-5-minut.blogspot.com/
to będzie nowe miejsce gdzie będę pisać :)
czwartek, 6 marca 2014
piątek, 17 stycznia 2014
Najpierw o Panu K. słów kilka, czyli jak dałam kosza...
Ostatnia notka dotycząca tego, co się dzieje za kadencji pana K. dotyczyła wylotu do Bułgarii. Potem umilkłam, ale wypadki nabrały takiego tempa, że ho ho i tak naprawdę nie wiedziałam czy powinnam o tym wszystkim tutaj pisać. Ale... zacznę od początku, bo tak chyba będzie łatwiej zrozumieć. A żeby zacząć od początku musimy cofnąć się do grudnia 2011.
Grudzień 2011 to miesiąc, w którym zadałam K. z pozoru błahe i mało ważne pytanie, przynajmniej z mojej strony nie miało ono żadnego większego podtekstu i na pewno nie spodziewałam się takiej odpowiedzi, jaką usłyszałam. Zapytałam go o postanowienia noworoczne, a on mi wtedy odpowiedział, że owszem ma jedno, choćby się waliło i paliło, to on mi się oświadczy w 2012 roku. Cóż, poczułam się trochę zawiedziona, bo nie chciałam znać daty oświadczyn, no i trochę przerażona, bo to było tak szybko. Ale potem zaczęłam się strasznie cieszyć i z każdym dniem czekałam bardziej. Było mnóstwo okazji, urodziny, walentynki, imieniny, wakacje w górach, później święta, a w końcu Sylwester, który spędziliśmy w Pradze. I... nic. Poczułam się strasznie oszukana, a że jestem osobą bardzo wrażliwą, to bardzo mnie to zabolało. Zwlaszcza, że przecież raz ktoś mi się oświadczył, a potem nie wyszło. A teraz drugi raz? Wiecie o co mi chodzi, myślałam, że może coś ze mną nie tak i było mi tak przykro...
Nie wytrzymałam zapytałam, dlaczego tak postąpił? Okazało się, że przemyślał wszystko i że to przecież tak poważny krok,że on musi być pewny. Ręce mi opadły, ale byłam na tyle głupia, że wierzyłam, że to przesunięcie tylko o kilka miesięcy, co on sam mówił.
Trochę tego nie rozumiem, bo przecież to nie ja zaczęłam temat, to nie ja na niego cisnęłam, to nie ja tego chciałam i się deklarowałam, a w efekcie zostałam potraktowana jakby to wszystko było moją winą. Zaczęło się psuć. On zaczął obarczać mnie za wszystko winą, a ja.. przepraszałam. Och, nie mogę zrozumieć, jak mogłam być tak głupia! Przepraszałam za to, że po 12 godzinach nie mam siły jechać do jego mamy, żeby z nią posiedzieć, albo zaciskałam zęby i jechałam ledwo żywa. Za to, że nie było ugotowanej kolacji jak mnie odwiedził raz na jakiś czas. Jemu było wolno nie chcieć przyjechać po mnie do pracy jak kończyłam o 20.00, bo: "to się nie opłaca", och no chyba jak się kogoś kocha to zawsze się opłaca prawda? Zwłaszcza pokonując odległość aż 6 km.
Wydaje mi się, ale widzę to dopiero po rozstaniu, że jemu było wygodnie jak było. Tzn. mieszkał z mamą za ścianą, miał obiadki, posprzątane, ze mną nie chciał mieszkać, bo wiedział, że stawiam na partnerstwo, nie te czasy to kobieta do pracy i jeszcze w domu zapieprzać. :P Ze mną spotkał się jak mu się chciało i jeszcze ciągłe pretensje o wszystko. Z tym ślubem to myślę, że chciał na x lat, bo bał się, że już nikogo sobie nie znajdzie (starszy był dużo) i tak się mnie trzymał, ale większego uczucia w tym nie było.
W tym czasie, gdy tak źle się działo, pojawił się całkiem przypadkowo pan D., ale to będzie osobna notka. :P za dużo do opisania.
No i troszkę mi pomógł w podjęciu decyzji. I tak w grudniu oznajmiłam panu K, że to koniec. Oczywiście zaczęło się obwinianie mnie, że to moja wina, że ja mam pracę jaką mam, że na pewno mam kogoś innego, że on od dawna wiedział, że go nie kocham i mi nie zależy na nim. Och, byłam taka wściekła. Wygarnęłam mu wszystko co mi leżało na sercu. Kurczę no, myślał, że ile czasu będę popychadłem, którego uczucia się wcale nie liczą?
Oczywiście na drugi dzień wydzwaniał do mnie i przyszedł do mnie do pracy, ale twardo trzymałam się swojego zdania. Napisałam mu, żeby mi pokazał jak mu na mnie zależy i od tego czasu... milczy. Cóż, dobra decyzja.
Było mi smutno, ale nawet nie płakałam. Ktoś otworzył mi oczy, że może być inaczej. Ale o tym kimś napiszę następnym razem.
Grudzień 2011 to miesiąc, w którym zadałam K. z pozoru błahe i mało ważne pytanie, przynajmniej z mojej strony nie miało ono żadnego większego podtekstu i na pewno nie spodziewałam się takiej odpowiedzi, jaką usłyszałam. Zapytałam go o postanowienia noworoczne, a on mi wtedy odpowiedział, że owszem ma jedno, choćby się waliło i paliło, to on mi się oświadczy w 2012 roku. Cóż, poczułam się trochę zawiedziona, bo nie chciałam znać daty oświadczyn, no i trochę przerażona, bo to było tak szybko. Ale potem zaczęłam się strasznie cieszyć i z każdym dniem czekałam bardziej. Było mnóstwo okazji, urodziny, walentynki, imieniny, wakacje w górach, później święta, a w końcu Sylwester, który spędziliśmy w Pradze. I... nic. Poczułam się strasznie oszukana, a że jestem osobą bardzo wrażliwą, to bardzo mnie to zabolało. Zwlaszcza, że przecież raz ktoś mi się oświadczył, a potem nie wyszło. A teraz drugi raz? Wiecie o co mi chodzi, myślałam, że może coś ze mną nie tak i było mi tak przykro...
Nie wytrzymałam zapytałam, dlaczego tak postąpił? Okazało się, że przemyślał wszystko i że to przecież tak poważny krok,że on musi być pewny. Ręce mi opadły, ale byłam na tyle głupia, że wierzyłam, że to przesunięcie tylko o kilka miesięcy, co on sam mówił.
Trochę tego nie rozumiem, bo przecież to nie ja zaczęłam temat, to nie ja na niego cisnęłam, to nie ja tego chciałam i się deklarowałam, a w efekcie zostałam potraktowana jakby to wszystko było moją winą. Zaczęło się psuć. On zaczął obarczać mnie za wszystko winą, a ja.. przepraszałam. Och, nie mogę zrozumieć, jak mogłam być tak głupia! Przepraszałam za to, że po 12 godzinach nie mam siły jechać do jego mamy, żeby z nią posiedzieć, albo zaciskałam zęby i jechałam ledwo żywa. Za to, że nie było ugotowanej kolacji jak mnie odwiedził raz na jakiś czas. Jemu było wolno nie chcieć przyjechać po mnie do pracy jak kończyłam o 20.00, bo: "to się nie opłaca", och no chyba jak się kogoś kocha to zawsze się opłaca prawda? Zwłaszcza pokonując odległość aż 6 km.
Wydaje mi się, ale widzę to dopiero po rozstaniu, że jemu było wygodnie jak było. Tzn. mieszkał z mamą za ścianą, miał obiadki, posprzątane, ze mną nie chciał mieszkać, bo wiedział, że stawiam na partnerstwo, nie te czasy to kobieta do pracy i jeszcze w domu zapieprzać. :P Ze mną spotkał się jak mu się chciało i jeszcze ciągłe pretensje o wszystko. Z tym ślubem to myślę, że chciał na x lat, bo bał się, że już nikogo sobie nie znajdzie (starszy był dużo) i tak się mnie trzymał, ale większego uczucia w tym nie było.
W tym czasie, gdy tak źle się działo, pojawił się całkiem przypadkowo pan D., ale to będzie osobna notka. :P za dużo do opisania.
No i troszkę mi pomógł w podjęciu decyzji. I tak w grudniu oznajmiłam panu K, że to koniec. Oczywiście zaczęło się obwinianie mnie, że to moja wina, że ja mam pracę jaką mam, że na pewno mam kogoś innego, że on od dawna wiedział, że go nie kocham i mi nie zależy na nim. Och, byłam taka wściekła. Wygarnęłam mu wszystko co mi leżało na sercu. Kurczę no, myślał, że ile czasu będę popychadłem, którego uczucia się wcale nie liczą?
Oczywiście na drugi dzień wydzwaniał do mnie i przyszedł do mnie do pracy, ale twardo trzymałam się swojego zdania. Napisałam mu, żeby mi pokazał jak mu na mnie zależy i od tego czasu... milczy. Cóż, dobra decyzja.
Było mi smutno, ale nawet nie płakałam. Ktoś otworzył mi oczy, że może być inaczej. Ale o tym kimś napiszę następnym razem.
piątek, 10 stycznia 2014
Kompletna rewolucja!
Witajcie Kochane :)
Przepraszam, że tyle czasu mija od obietnicy notki, ale naprawdę mam w życiu takie zamieszanie,że och!
Tak więc w grudniu rozstałam się z K. To była moja decyzja i wcale jej nie żałuję. :P
Za to wróciłam do D.... Tak, pamiętacie go? Niektóre z Was na pewno, w końcu byliśmy już zaręczeni :P W związku z tym w domu mam sajgon i pole bitwy. :P
Zmieniłam pracę, nadal studiuję zaocznie. Moja magisterka stoi w miejscu. Tragedia.
Chodzę 5 m nad Ziemią, głowa w chmurach :)
Wzbudziłam Waszą ciekawość? Wyjaśnię wszystko w notce z początkiem przyszłego tygodnia :) Teraz muszę lecieć do pracy! A do Was też obiecuję zajrzeć na dniach. :)
Jesteście kochane, że tutaj zaglądacie! :*:*
Przepraszam, że tyle czasu mija od obietnicy notki, ale naprawdę mam w życiu takie zamieszanie,że och!
Tak więc w grudniu rozstałam się z K. To była moja decyzja i wcale jej nie żałuję. :P
Za to wróciłam do D.... Tak, pamiętacie go? Niektóre z Was na pewno, w końcu byliśmy już zaręczeni :P W związku z tym w domu mam sajgon i pole bitwy. :P
Zmieniłam pracę, nadal studiuję zaocznie. Moja magisterka stoi w miejscu. Tragedia.
Chodzę 5 m nad Ziemią, głowa w chmurach :)
Wzbudziłam Waszą ciekawość? Wyjaśnię wszystko w notce z początkiem przyszłego tygodnia :) Teraz muszę lecieć do pracy! A do Was też obiecuję zajrzeć na dniach. :)
Jesteście kochane, że tutaj zaglądacie! :*:*
środa, 18 grudnia 2013
Jak trwoga to do bloga?
Znów mi systematyczne pisanie nie wyszło i znów większość z was zapomniała już pewnie o Optymistycznej. Czy ktoś jeszcze mnie pamięta i ma ochotę czytać moje notki?
Jeśli tak, to usystematyzuję wszystko i... wrócę, od nowego roku bowiem zaczynam nowy rozdział w życiu i czas wszystko sobie dokładnie poukładać.
Jeśli tak, to usystematyzuję wszystko i... wrócę, od nowego roku bowiem zaczynam nowy rozdział w życiu i czas wszystko sobie dokładnie poukładać.
środa, 4 września 2013
Lecimy.
Na urlop nadszedł czas.
Jutro wielkie pakowanie, a w piątek nasz pierwszy raz... z samolotem.
Każda wcześniejsza podróż zagraniczna odbywała się autokarem, ale teraz stwierdziliśmy, że Bułgaria to jednak za daleko na jazdę i lecimy :)
Odezwę się po powrocie :)
Jutro wielkie pakowanie, a w piątek nasz pierwszy raz... z samolotem.
Każda wcześniejsza podróż zagraniczna odbywała się autokarem, ale teraz stwierdziliśmy, że Bułgaria to jednak za daleko na jazdę i lecimy :)
Odezwę się po powrocie :)
wtorek, 27 sierpnia 2013
Ufff
Dobra, w ekspresowym tempie zostałam przyjęta do mojej kochanej pani doktor. Zadzwoniłam wczoraj, z pytaniem czy jest szansa, żeby dostać się na wizytę do końca tygodnia i zostałam przyjęta wczoraj po pracy, czyli około 21.
Mówię Wam, jak weszłam do gabinetu, to tak mi serce biło z nerwów, bo strasznie się bałam, że się okaże, że będzie jednak Kruszynka, albo jeszcze coś gorszego.
Okazało się, że wszystko jest ok, jednak prawdopodobnie przez zmianę trybu życia, nagły spadek wagi i nieregularny tryb życia, mój organizm zwariował i zapomniał, że musi przyjść @.
Dostałam luteinę. Mam ją brać i czekać do 20.09 na @. Jeśli się nie pojawi, to czekają mnie badania hormonalne, krew itp. Mam nadzieję, że się pojawi.
Ech, a tak chciałam uniknąć @ na naszym wyjeździe.
No tak, bo ja wam przecież nic nie mówiłam, 6.09 mamy z K. urlop i na 8 dni znikamy w Bułgarii :) będziemy grzać dupy nad Morzem Czarnym :)
Co do planów, o których wspomniałam w notce... to... cóż mamy ustaloną datę ślubu. 25.06.2016.
Data odległa, ale... musimy nazbierać finanse :) Teraz to będzie możliwe, bo oboje będziemy pracować :)
Nie, nie zaręczyliśmy się jeszcze :) Ale zamierzamy. Najpierw jednak chcemy uzbierać część pieniędzy, a zaręczyny prawdopodobnie będą w przyszłym roku, bo zawsze mówiliśmy z K., że po mojej magisterce i z tego co wiem, to K. tego się trzyma.
Oglądamy sobie póki co pierścionki, sale i suknie ślubne. Na szczęście mamy w tej kwestii podobny gust :)
Mówię Wam, jak weszłam do gabinetu, to tak mi serce biło z nerwów, bo strasznie się bałam, że się okaże, że będzie jednak Kruszynka, albo jeszcze coś gorszego.
Okazało się, że wszystko jest ok, jednak prawdopodobnie przez zmianę trybu życia, nagły spadek wagi i nieregularny tryb życia, mój organizm zwariował i zapomniał, że musi przyjść @.
Dostałam luteinę. Mam ją brać i czekać do 20.09 na @. Jeśli się nie pojawi, to czekają mnie badania hormonalne, krew itp. Mam nadzieję, że się pojawi.
Ech, a tak chciałam uniknąć @ na naszym wyjeździe.
No tak, bo ja wam przecież nic nie mówiłam, 6.09 mamy z K. urlop i na 8 dni znikamy w Bułgarii :) będziemy grzać dupy nad Morzem Czarnym :)
Co do planów, o których wspomniałam w notce... to... cóż mamy ustaloną datę ślubu. 25.06.2016.
Data odległa, ale... musimy nazbierać finanse :) Teraz to będzie możliwe, bo oboje będziemy pracować :)
Nie, nie zaręczyliśmy się jeszcze :) Ale zamierzamy. Najpierw jednak chcemy uzbierać część pieniędzy, a zaręczyny prawdopodobnie będą w przyszłym roku, bo zawsze mówiliśmy z K., że po mojej magisterce i z tego co wiem, to K. tego się trzyma.
Oglądamy sobie póki co pierścionki, sale i suknie ślubne. Na szczęście mamy w tej kwestii podobny gust :)
niedziela, 25 sierpnia 2013
Nadal wielki znak zapytania.
Dobrze zrozumiałyście ostatnie zdanie :) Podejrzewaliśmy z K., ze możemy mieć małą kruszynkę, choć za bardzo nie było ku temu powodów. No, ale @ się spóźniał, zrobiłam 3 testy i każdy negatywny, więc to nie to...
Jednak @ nadal nie ma...
Dzisiaj dostanę grafik w pracy i umówię się do lekarza, trochę się boję, że to coś gorszego, jakieś trobiele albo coś :/ Już kiedyś je miałam, a to ponoć lubi wracać.
Co do pracy, zostaję na dłużej, ale na innych zasadach- będę pracować 3 dni w tygodniu, więc wyjdzie mi około 3/4 etatu, będę miała czas na szkołę i inne rzeczy :)
Teraz lecę, bo na 15 idę właśnie do pracy, a potem integracyjne piwo z koleżankami :)
Mam też trochę nowości związanych z K., naszymi planami na przyszłość itp. Ale to może poczekać na przyszły raz :) Wpadnę do was jak będę miała wolną chwilę :)
Jednak @ nadal nie ma...
Dzisiaj dostanę grafik w pracy i umówię się do lekarza, trochę się boję, że to coś gorszego, jakieś trobiele albo coś :/ Już kiedyś je miałam, a to ponoć lubi wracać.
Co do pracy, zostaję na dłużej, ale na innych zasadach- będę pracować 3 dni w tygodniu, więc wyjdzie mi około 3/4 etatu, będę miała czas na szkołę i inne rzeczy :)
Teraz lecę, bo na 15 idę właśnie do pracy, a potem integracyjne piwo z koleżankami :)
Mam też trochę nowości związanych z K., naszymi planami na przyszłość itp. Ale to może poczekać na przyszły raz :) Wpadnę do was jak będę miała wolną chwilę :)
wtorek, 20 sierpnia 2013
O pracy słów kilka.
Dzisiaj akurat odpoczywam od pracy, cieszę się dniem wolnym, więc od razu tutaj zaglądam :)
Wielu z was pytało w komentarzach jak to było z tą moją pracą, więc postanowiłam rozjaśnić nieco sytuację.
Nakreślę całą sytuację raz jeszcze i postaram się, żeby było w miarę jasno, a nie chaotycznie, jak to zazwyczaj mi wychodzi.
Pamiętacie może, że w 2012 odbywałam staż w przedszkolu. Potem oczywiście zatrudniono mnie na 1,5 miesiąca, bo ponoć taki jest wymóg stawiany przez urząd pracy. Swoją drogą dość głupi, no bo wiadomo, że jak pracodawca nie będzie chciał tej umowy przedłużyć, to ten miesiąc nikogo nie ratuje. No i tak było ze mną. Usłyszałam, że są zadowoleni i wszystko cacy, ale... nie mają etatów. No cóż, w tej branży to akurat ciągle są redukcje, a nie nowe etaty, i liczyłam się z tym. Zapewniono mnie, że o mnie pamiętają, że mam kończyć studia i się zgłosić, ale wiecie ja myślę, że to obiecanki cacanki, a głupiemu radość. No i siedziałam na bezrobociu jakiś miesiąc, więc nawet dość szybko znalazłam nową pracę w zawodzie. To był żłobek, oddalony od mojej miejscowości o ok. 35 km, więc musiałam liczyć dojazd. No, stawka była marna, bo 7 zł na rękę, a wiadomo, że benzyna kosztuje. No, ale przeszłam pozytywnie dzień próbny z dziećmi, babka była zadowolona, więc poszłam, zawsze lepiej mieć coś niż nic. Jednak wytrzymałam tam z 2 tygodnie, bo atmosfera była beznadziejna. Dwie babki: właścicielka i pracownica to były koleżanki, więc gadały ze sobą tylko, na mnie zwalając resztę obowiązków. Dodatkowo ciągle coś im się nie podobało i nie potrafiły tego normalnie powiedzieć, tylko po prostu autentycznie wrzeszczały. Nie przesadzam. Dzieci były dla nich grubymi bachorami, itp. Wrzaski na porządku dziennym. Nie wytrzymałam i odeszłam.
Siedziałam sobie znowu na bezrobociu jeżdżąc sobie na rozmowy o pracę, ale jakoś nic z tego nie wynikało. Może za bardzo przebierałam, ale nie chciałam jechać w jedną stroną 2 godzin i jakoś tak wyszło, że praca sama do mnie przyszła. Tzn. znajoma mojej mamy jest kierownikiem największej cukierni w moim mieście i zadzwoniła do niej w czerwcu, że potrzebują kogoś na wakacje i czy nie chcę przyjść. Stwierdziłam, że nie mam nic lepszego do roboty, więc pójdę.
Pracuję więc sobie w cukierni od czerwca. Na razie mam powiedziane, że jestem do końca września. jak będzie nie wiem, bo możliwe, że mi będą chcieli przedłużyć, jednak jeszcze nie zdecydowałam co zrobię, jeśli mi to zaproponują. Dlaczego się waham?
Po pierwsze nie jest to praca w zawodzie. Po drugie nie mam tam żadnej umowy, nawet umowy zlecenia, nic, co dałoby mi dowód, że mam jakieś doświadczenie, itp., no i stawka jest powalająca, bo aż 6,5 na rękę na godzinę. Pracuję po 10-12 h dziennie, schodzi mi na tym cały dzień, mam 2 dni, albo 1 w tygodniu wolny, a wiadomo od października wracam na studia, będzie trzeba pisać egzaminy, magisterkę, jeździć na zjazdy. A kiedy to wszystko zrobić, jak wracam do domu zazwyczaj dopiero o 21? Z drugiej strony zawsze to jakaś kasa, marna, bo marna, ale jest.
Jest jeszcze jeden powód, który chyba przeważy szalę w jedną lub w drugą stronę. Najprawdopodobniej jutro dowiem się, czy będziemy razem z K. nadal tylko we dwójkę...
Wielu z was pytało w komentarzach jak to było z tą moją pracą, więc postanowiłam rozjaśnić nieco sytuację.
Nakreślę całą sytuację raz jeszcze i postaram się, żeby było w miarę jasno, a nie chaotycznie, jak to zazwyczaj mi wychodzi.
Pamiętacie może, że w 2012 odbywałam staż w przedszkolu. Potem oczywiście zatrudniono mnie na 1,5 miesiąca, bo ponoć taki jest wymóg stawiany przez urząd pracy. Swoją drogą dość głupi, no bo wiadomo, że jak pracodawca nie będzie chciał tej umowy przedłużyć, to ten miesiąc nikogo nie ratuje. No i tak było ze mną. Usłyszałam, że są zadowoleni i wszystko cacy, ale... nie mają etatów. No cóż, w tej branży to akurat ciągle są redukcje, a nie nowe etaty, i liczyłam się z tym. Zapewniono mnie, że o mnie pamiętają, że mam kończyć studia i się zgłosić, ale wiecie ja myślę, że to obiecanki cacanki, a głupiemu radość. No i siedziałam na bezrobociu jakiś miesiąc, więc nawet dość szybko znalazłam nową pracę w zawodzie. To był żłobek, oddalony od mojej miejscowości o ok. 35 km, więc musiałam liczyć dojazd. No, stawka była marna, bo 7 zł na rękę, a wiadomo, że benzyna kosztuje. No, ale przeszłam pozytywnie dzień próbny z dziećmi, babka była zadowolona, więc poszłam, zawsze lepiej mieć coś niż nic. Jednak wytrzymałam tam z 2 tygodnie, bo atmosfera była beznadziejna. Dwie babki: właścicielka i pracownica to były koleżanki, więc gadały ze sobą tylko, na mnie zwalając resztę obowiązków. Dodatkowo ciągle coś im się nie podobało i nie potrafiły tego normalnie powiedzieć, tylko po prostu autentycznie wrzeszczały. Nie przesadzam. Dzieci były dla nich grubymi bachorami, itp. Wrzaski na porządku dziennym. Nie wytrzymałam i odeszłam.
Siedziałam sobie znowu na bezrobociu jeżdżąc sobie na rozmowy o pracę, ale jakoś nic z tego nie wynikało. Może za bardzo przebierałam, ale nie chciałam jechać w jedną stroną 2 godzin i jakoś tak wyszło, że praca sama do mnie przyszła. Tzn. znajoma mojej mamy jest kierownikiem największej cukierni w moim mieście i zadzwoniła do niej w czerwcu, że potrzebują kogoś na wakacje i czy nie chcę przyjść. Stwierdziłam, że nie mam nic lepszego do roboty, więc pójdę.
Pracuję więc sobie w cukierni od czerwca. Na razie mam powiedziane, że jestem do końca września. jak będzie nie wiem, bo możliwe, że mi będą chcieli przedłużyć, jednak jeszcze nie zdecydowałam co zrobię, jeśli mi to zaproponują. Dlaczego się waham?
Po pierwsze nie jest to praca w zawodzie. Po drugie nie mam tam żadnej umowy, nawet umowy zlecenia, nic, co dałoby mi dowód, że mam jakieś doświadczenie, itp., no i stawka jest powalająca, bo aż 6,5 na rękę na godzinę. Pracuję po 10-12 h dziennie, schodzi mi na tym cały dzień, mam 2 dni, albo 1 w tygodniu wolny, a wiadomo od października wracam na studia, będzie trzeba pisać egzaminy, magisterkę, jeździć na zjazdy. A kiedy to wszystko zrobić, jak wracam do domu zazwyczaj dopiero o 21? Z drugiej strony zawsze to jakaś kasa, marna, bo marna, ale jest.
Jest jeszcze jeden powód, który chyba przeważy szalę w jedną lub w drugą stronę. Najprawdopodobniej jutro dowiem się, czy będziemy razem z K. nadal tylko we dwójkę...
wtorek, 13 sierpnia 2013
Kobieta zmienną jest.
Zatęskniłam za stukaniem palców o klawiaturę. Za szumem wentylatora w laptopie. Za Waszymi notkami i komentarzami.
Postanowiłam wrócić.
Bo przecież kobieta zmienną jest.
Tylko czy ktoś jeszcze mnie tutaj pamięta?
********
Zły czas, jaki towarzyszył mi/nam gdy pisałam tu kilka miesięcy temu minął. I miejmy nadzieję, że bezpowrotnie. Zakochuję się na nowo w Nim. Z każdym dniem coraz bardziej. Coraz częściej oglądam białe sukienki, gdy przechodzimy ulicą obok okien wystawowych, a on uśmiecha się wtedy i utwierdza mnie w przekonaniu, że ta wyjątkowa chwila i dla mnie kiedyś stanie się rzeczywistością.
Sporo się zmieniło. Już nie pracuję w zawodzie. Zrezygnowałam. Tak, sama z własnej woli. A wszystko dlatego, że nie chciałam mieć nic wspólnego z miejscem, w którym tak źle traktuje się dzieci. Krzyki były na porządku dziennym. To nie dla mnie.
Zamiast tego kelneruję w cukierni. Przynajmniej czasowo. Może potem znajdę coś innego.
********
Nie obiecuję kolejny raz regularności wpisów, ani niczego takiego. Po prostu będę, gdy poczuję potrzebę.
Jeśli ktoś wysyłał mi zaproszenie przez maj, czerwiec, lipiec, to proszę o ponowne wysłanie, ponieważ wtedy byłam wyłączona ze świata wirtualnego i zaproszenia utraciły ważność.
Postanowiłam wrócić.
Bo przecież kobieta zmienną jest.
Tylko czy ktoś jeszcze mnie tutaj pamięta?
********
Zły czas, jaki towarzyszył mi/nam gdy pisałam tu kilka miesięcy temu minął. I miejmy nadzieję, że bezpowrotnie. Zakochuję się na nowo w Nim. Z każdym dniem coraz bardziej. Coraz częściej oglądam białe sukienki, gdy przechodzimy ulicą obok okien wystawowych, a on uśmiecha się wtedy i utwierdza mnie w przekonaniu, że ta wyjątkowa chwila i dla mnie kiedyś stanie się rzeczywistością.
Sporo się zmieniło. Już nie pracuję w zawodzie. Zrezygnowałam. Tak, sama z własnej woli. A wszystko dlatego, że nie chciałam mieć nic wspólnego z miejscem, w którym tak źle traktuje się dzieci. Krzyki były na porządku dziennym. To nie dla mnie.
Zamiast tego kelneruję w cukierni. Przynajmniej czasowo. Może potem znajdę coś innego.
********
Nie obiecuję kolejny raz regularności wpisów, ani niczego takiego. Po prostu będę, gdy poczuję potrzebę.
Jeśli ktoś wysyłał mi zaproszenie przez maj, czerwiec, lipiec, to proszę o ponowne wysłanie, ponieważ wtedy byłam wyłączona ze świata wirtualnego i zaproszenia utraciły ważność.
piątek, 28 czerwca 2013
Znajdziecie mnie tu.
Halo, halo!
Pamięta mnie tutaj ktoś jeszcze?
Z przykrością stwierdzam, że nie mam czasu na blogowanie. Za dużo się dzieje.
Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany kontaktem ze mną, to znajdziecie mnie na tym blogu.
Bloggerów, których blogi są zamknięte poproszę o nowe zaproszenia na adres: magicznaksiazka@gmail.com
Równocześnie przepraszam za nie zagladanie i niekomentowanie Waszych notek.
Ja naprawdę mam mało czasu, ale postaram się Was wszystkich wkrótce poodwiedzać i choć trochę nadrobić to, co u Was.
Ten blog odchodzi do lamusa. Nie skasuję go. Szkoda mi. Ale nie będzie tutaj też nowych wpisów. Wszystko będzie pojawiało się na magicznej książce.
Pozdrawiam i mam nadzieję do przeczytania! :)
Pamięta mnie tutaj ktoś jeszcze?
Z przykrością stwierdzam, że nie mam czasu na blogowanie. Za dużo się dzieje.
Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany kontaktem ze mną, to znajdziecie mnie na tym blogu.
Bloggerów, których blogi są zamknięte poproszę o nowe zaproszenia na adres: magicznaksiazka@gmail.com
Równocześnie przepraszam za nie zagladanie i niekomentowanie Waszych notek.
Ja naprawdę mam mało czasu, ale postaram się Was wszystkich wkrótce poodwiedzać i choć trochę nadrobić to, co u Was.
Ten blog odchodzi do lamusa. Nie skasuję go. Szkoda mi. Ale nie będzie tutaj też nowych wpisów. Wszystko będzie pojawiało się na magicznej książce.
Pozdrawiam i mam nadzieję do przeczytania! :)
środa, 1 maja 2013
Tyle się dzieje.
Znowu.
Jestem strasznie kiepską blogerką chyba. Strasznie zaniedbuję ten blog.
Ale u mnie tak dużo się dzieje, że uwierzcie nie mam czasu.
Po pierwsze jak wiecie w połowie marca zakończyłam staż w przedszkolu. Przeglądałam sobie ogłoszenia ot tak, w międzyczasie robiąc praktyki i nie spiesząc się zbytnio ze znalezieniem nowej pracy, ale oto praca się znalazła.
Zaczynam od poniedziałku.
Praca w zawodzie, więc się cieszę. Będę pracować z dzieciaczkami w żłobku. :)
Po drugie wolny czas dzielę między nową pasję, którą możecie sobie obejrzeć TUTAJ, a mojego K. no i oczywiście studia. Póki co wszystko zaliczone:) no i wystartowałam z pisaniem pracy magisterskiej. Co prawda powoli mi to idzie, ale najważniejsze, że zaczęłam :)
A po trzecie czasami mi się po prostu nie chce przelewać tego tutaj, bo zastanawiam się kogo to tak naprawdę to interesuje i czy jest sens pisania tego wszystkiego...
Zajrzę do Was później- obiecuję! Teraz muszę lecieć szykować się, bo niedługo robimy grilla :)
Miłej majówki!
Jestem strasznie kiepską blogerką chyba. Strasznie zaniedbuję ten blog.
Ale u mnie tak dużo się dzieje, że uwierzcie nie mam czasu.
Po pierwsze jak wiecie w połowie marca zakończyłam staż w przedszkolu. Przeglądałam sobie ogłoszenia ot tak, w międzyczasie robiąc praktyki i nie spiesząc się zbytnio ze znalezieniem nowej pracy, ale oto praca się znalazła.
Zaczynam od poniedziałku.
Praca w zawodzie, więc się cieszę. Będę pracować z dzieciaczkami w żłobku. :)
Po drugie wolny czas dzielę między nową pasję, którą możecie sobie obejrzeć TUTAJ, a mojego K. no i oczywiście studia. Póki co wszystko zaliczone:) no i wystartowałam z pisaniem pracy magisterskiej. Co prawda powoli mi to idzie, ale najważniejsze, że zaczęłam :)
A po trzecie czasami mi się po prostu nie chce przelewać tego tutaj, bo zastanawiam się kogo to tak naprawdę to interesuje i czy jest sens pisania tego wszystkiego...
Zajrzę do Was później- obiecuję! Teraz muszę lecieć szykować się, bo niedługo robimy grilla :)
Miłej majówki!
niedziela, 7 kwietnia 2013
Kończę się?
Wydawać by się mogło, że siedząc w domu człowiek odpocznie sobie. Siądzie wreszcie na dupsku i odpocznie. Będzie mógł zajadać się tonami poświątecznych smakołyków i w całości wręcz prawie, pochłaniać czekoladowe zające, które wciąż jeszcze przypominają, że to niedawna święta były.
Naiwne to jednak jest myślenie.
Usiedziałam w domu aż 2 tygodnie. Choć i tak nie było to siedzenie bezproduktywne, bo przecież przygotowania świąteczne same się nie zrobią, egzaminy się same nie pozdają i projekty same nie porobią, a i praca magisterska się sama nie napisze (choć z tym to jestem w czarnej dupie akurat).
Po owych owocnych dwóch tygodniach wyruszyłam na praktyki i tak się już tydzień przepraktykowałam i jeszcze 3 tygodnie mi zostały.
Z planu oszczędzania zdrowia znowu nic nie wyszło. Nie dość, że kaszel mnie dopadł taki, że z moich płuc to już chyba jedynie strzępki zostały, to znów dają o sobie znać zdiagnozowane już dawno nerwobóle w klatce piersiowej. Tym razem silne na tyle, że lewą ręką poruszać zbytnio nie mogę. Potem doszedł jeszcze ból przy wdychaniu powietrza, a w święta w kościele miałam wrażenie, że z tego świętego miejsca Pan Bóg chce mnie wziąć wprost do siebie, taki mnie ucisk w klatce dopadł. Na szczęście puścił i żyję sobie dalej. Ale w nocy spać nie mogę, ból mnie budzi.
Dostałam solidny ochrzan. Od K. Tak, sama wiem, powinnam udać się do lekarza. Serce to nie przelewki, zwłaszcza, że te objawy nasilają się od 3 tygodni. Jutro pójdę. Mam nadzieję, że dostanę jakiś normalny specyfik na to wszystko, bo ostatnia moja wizyta zakończyła się dostaniem leku, po którym chodziłam jak pijana, czułam się jak na haju, choć nigdy na nim nie byłam, więc w sumie mogę się tylko domyślać jak to jest.
Naiwne to jednak jest myślenie.
Usiedziałam w domu aż 2 tygodnie. Choć i tak nie było to siedzenie bezproduktywne, bo przecież przygotowania świąteczne same się nie zrobią, egzaminy się same nie pozdają i projekty same nie porobią, a i praca magisterska się sama nie napisze (choć z tym to jestem w czarnej dupie akurat).
Po owych owocnych dwóch tygodniach wyruszyłam na praktyki i tak się już tydzień przepraktykowałam i jeszcze 3 tygodnie mi zostały.
Z planu oszczędzania zdrowia znowu nic nie wyszło. Nie dość, że kaszel mnie dopadł taki, że z moich płuc to już chyba jedynie strzępki zostały, to znów dają o sobie znać zdiagnozowane już dawno nerwobóle w klatce piersiowej. Tym razem silne na tyle, że lewą ręką poruszać zbytnio nie mogę. Potem doszedł jeszcze ból przy wdychaniu powietrza, a w święta w kościele miałam wrażenie, że z tego świętego miejsca Pan Bóg chce mnie wziąć wprost do siebie, taki mnie ucisk w klatce dopadł. Na szczęście puścił i żyję sobie dalej. Ale w nocy spać nie mogę, ból mnie budzi.
Dostałam solidny ochrzan. Od K. Tak, sama wiem, powinnam udać się do lekarza. Serce to nie przelewki, zwłaszcza, że te objawy nasilają się od 3 tygodni. Jutro pójdę. Mam nadzieję, że dostanę jakiś normalny specyfik na to wszystko, bo ostatnia moja wizyta zakończyła się dostaniem leku, po którym chodziłam jak pijana, czułam się jak na haju, choć nigdy na nim nie byłam, więc w sumie mogę się tylko domyślać jak to jest.
czwartek, 28 marca 2013
Wielkanoc.
Mówi zając do baranka – jaka piękna to pisanka.
Wtem z jajeczka wyszła kurka, nastroszyła swoje piórka.
Biega głośno, krzyczy, że wesołych świąt Wam życzy.
Zdrowych i spokojnych świąt kochani! :)
sobota, 23 marca 2013
(Bez)Sensowne rozważania(?)
Drinkuję z przyjaciółką w prawie pustym barze o prawie nieprzyzwoitej godzinie, a kolejne martini stojące przede mną kusi mnie niesamowicie, chociaż chyba nie powinnam go już pić. Ale, a co mi tam! Lekki szum w głowie jeszcze nikomu nie zaszkodził.Gapiąc się bezsensownie w szklankę próbujemy odkryć Amerykę, której tysiące pewnie o wiele mądrzejszych od nas kobiet nie potrafiło odkryć, czyli próbujemy zrozumieć facetów. Barman patrzy na nas z lekkim (kpiącym?) uśmieszkiem na ustach. No tak, to żeśmy się dobrały, dwie jakże odpowiednie osoby do tych badań: wieczna singielka i ja, optymistyczna, której związek zbudowany jest na drewnianym moście, wiszącym nad przepaścią.
wtorek, 19 marca 2013
Wolne
I nadszedł w końcu ten upragniony czas, kiedy mogę przestać się spieszyć.
Nareszcie mogę cieszyć się wolnymi chwilami, ponadrabiać zaległości książkowe i filmowe.
Popatrzeć bezkarnie w sufit i pomarzyć.
Poeksperymentować w kuchni, raz po raz coś przypalając, albo tworząc małe dzieło sztuki, którym wszyscy będą się zachwycać.
Mieć więcej czasu dla Niego i trochę nadziei, że może teraz wszystko stanie się jaśniejsze.
Nareszcie mogę cieszyć się wolnymi chwilami, ponadrabiać zaległości książkowe i filmowe.
Popatrzeć bezkarnie w sufit i pomarzyć.
Poeksperymentować w kuchni, raz po raz coś przypalając, albo tworząc małe dzieło sztuki, którym wszyscy będą się zachwycać.
Mieć więcej czasu dla Niego i trochę nadziei, że może teraz wszystko stanie się jaśniejsze.
poniedziałek, 11 marca 2013
A kysz!
Zamiast pożegnać na dobre zimę, znów musiałam dziś rano ją powitać.
Brnąc dzisiejszego ranka przez kosmicznej wielkości zaspy i sapiąc niemiłosiernie byłam coraz bardziej zła. Z każdym krokiem do butów wsypywało mi się coraz więcej śniegu, a mróz składał na mojej twarzy kolejne pocałunki, nadając jej coraz to bardziej krwistego koloru.
Wiatr targał moimi włosami, a w pojedynczych pasmach zatrzymywały się płatki śniegu.
I choć ostatnio mam tak wiele do przemyślenia, jedyną myślą pałętającą się w tej chwili po mojej głowie była nie żadna inna, ale właśnie ta:
Brnąc dzisiejszego ranka przez kosmicznej wielkości zaspy i sapiąc niemiłosiernie byłam coraz bardziej zła. Z każdym krokiem do butów wsypywało mi się coraz więcej śniegu, a mróz składał na mojej twarzy kolejne pocałunki, nadając jej coraz to bardziej krwistego koloru.
Wiatr targał moimi włosami, a w pojedynczych pasmach zatrzymywały się płatki śniegu.
I choć ostatnio mam tak wiele do przemyślenia, jedyną myślą pałętającą się w tej chwili po mojej głowie była nie żadna inna, ale właśnie ta:
Zimo, a kysz!
czwartek, 7 marca 2013
Dzień dobry, kocham Cię
Tu chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko
Kiedy długo drugie nie widzi pierwszego
Bo chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko
Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko*
Czasami jesteś taki nieosiągalny. Czasami się ode mnie odsuwasz. Mam wtedy wrażenie, że dzielą nas setki kilometrów. Granica nie do przebycia. Albo, że między nami tworzy się przepaść. Głęboka szczelina. Stoję na krawędzi. Spod moich stóp sypią się ostrzegawcze kamyczki. Nie słyszę, by uderzały o dno. Wystarczy tylko jeden malutki kroczek i spadnę. Zatracę się w Tobie całkowicie. Ulegnę. Pozwolę sobą manipulować, pomimo tego, że obiecałam sobie kroczyć własną ścieżką, albo nie, inaczej, pomimo tego, że chciałam połączyć nasze dwie ścieżki.
Czasami mam wrażenie, że jestem oderwana od rzeczywistości. A czasami wręcz odwrotnie, bo przecież podobno kobiety kochają takich drani.
Choć może to określenie nie pasuje do Ciebie w stu procentach.
W końcu wiem, że się starasz. W zasadzie wierzę nawet w to, że mnie kochasz.
Ty po prostu jesteś cholernie uparty, niezależny i o zgrozo!, masz głęboko w poważaniu zdanie innych.
Cóż, czy czegoś mi to nie przypomina? Ależ tak! Jestem taka sama!
Pewnie dlatego tak bardzo mnie do Ciebie ciągnie, ale też dlatego tak trudno nam się czasami porozumieć...
Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chcę cię z oczu stracić, więc
Jeszcze więcej, jeszcze więcej, jeszcze więcej
DZIEŃ DOBRY
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Para-moje
Para-twoje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
We dwoje*
_____________________
*Strachy na Lachy "Dzień dobry, kocham cię" klik
Kiedy długo drugie nie widzi pierwszego
Bo chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko
Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko*
Czasami jesteś taki nieosiągalny. Czasami się ode mnie odsuwasz. Mam wtedy wrażenie, że dzielą nas setki kilometrów. Granica nie do przebycia. Albo, że między nami tworzy się przepaść. Głęboka szczelina. Stoję na krawędzi. Spod moich stóp sypią się ostrzegawcze kamyczki. Nie słyszę, by uderzały o dno. Wystarczy tylko jeden malutki kroczek i spadnę. Zatracę się w Tobie całkowicie. Ulegnę. Pozwolę sobą manipulować, pomimo tego, że obiecałam sobie kroczyć własną ścieżką, albo nie, inaczej, pomimo tego, że chciałam połączyć nasze dwie ścieżki.
Czasami mam wrażenie, że jestem oderwana od rzeczywistości. A czasami wręcz odwrotnie, bo przecież podobno kobiety kochają takich drani.
Choć może to określenie nie pasuje do Ciebie w stu procentach.
W końcu wiem, że się starasz. W zasadzie wierzę nawet w to, że mnie kochasz.
Ty po prostu jesteś cholernie uparty, niezależny i o zgrozo!, masz głęboko w poważaniu zdanie innych.
Cóż, czy czegoś mi to nie przypomina? Ależ tak! Jestem taka sama!
Pewnie dlatego tak bardzo mnie do Ciebie ciągnie, ale też dlatego tak trudno nam się czasami porozumieć...
Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chcę cię z oczu stracić, więc
Jeszcze więcej, jeszcze więcej, jeszcze więcej
DZIEŃ DOBRY
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Para-moje
Para-twoje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
We dwoje*
_____________________
*Strachy na Lachy "Dzień dobry, kocham cię" klik
wtorek, 5 marca 2013
Przewrotność.
Mamy marzec, a mnie nadal tutaj mało.
Wszystko dlatego, że życie lubi być przewrotne.
Miałam zakończyć na jakiś czas swoją karierę w pracy, a tymczasem przedłużono mi umowę. Co prawda tylko na 2 tygodnie, ale zawsze to coś, bo dodatkowy grosz w portfelu się przyda, a i doświadczenia zawsze o te 2 tygodnie więcej.
Dużo się dzieje ostatnio wewnątrz mnie.
Zmienia się moje podejście do pewnych spraw.
Jest to zmiana diametralna.
Na niektórych sprawach przestaje mi zależeć, na innych zaczyna.
Gdzieś tam w głębi w końcu zrozumiałam, że życie musi płynąć swoim niezależnym torem. Może powinnam dać się ponieść temu prądowi? Tak..., zdecydowanie tak myślę. Nie chcę potem żałować, że czegoś nie zrobiłam.
Lepiej żałować, że się zrobiło.
Konsekwencje?
Na razie nie zaprzątam sobie tym głowy.
Być może to źle.
Być może wraz z wiekiem staję się coraz bardziej nieodpowiedzialna.
Może zamiast dojrzewać, mnie zachciewa się młodzieńczej wolności, niezależności.
Może się pogubiłam, a może właśnie znalazłam swoją drogę.
Nie zastanawiam się nad tym teraz.
Teraz chcę tylko czerpać.
Brać z życia pełnymi garściami, zachłysnąć się, zakochać się w życiu, gorzko rozczarować i kolejny raz zacząć od początku.
Carpe diem.
Wszystko dlatego, że życie lubi być przewrotne.
Miałam zakończyć na jakiś czas swoją karierę w pracy, a tymczasem przedłużono mi umowę. Co prawda tylko na 2 tygodnie, ale zawsze to coś, bo dodatkowy grosz w portfelu się przyda, a i doświadczenia zawsze o te 2 tygodnie więcej.
Dużo się dzieje ostatnio wewnątrz mnie.
Zmienia się moje podejście do pewnych spraw.
Jest to zmiana diametralna.
Na niektórych sprawach przestaje mi zależeć, na innych zaczyna.
Gdzieś tam w głębi w końcu zrozumiałam, że życie musi płynąć swoim niezależnym torem. Może powinnam dać się ponieść temu prądowi? Tak..., zdecydowanie tak myślę. Nie chcę potem żałować, że czegoś nie zrobiłam.
Lepiej żałować, że się zrobiło.
Konsekwencje?
Na razie nie zaprzątam sobie tym głowy.
Być może to źle.
Być może wraz z wiekiem staję się coraz bardziej nieodpowiedzialna.
Może zamiast dojrzewać, mnie zachciewa się młodzieńczej wolności, niezależności.
Może się pogubiłam, a może właśnie znalazłam swoją drogę.
Nie zastanawiam się nad tym teraz.
Teraz chcę tylko czerpać.
Brać z życia pełnymi garściami, zachłysnąć się, zakochać się w życiu, gorzko rozczarować i kolejny raz zacząć od początku.
Carpe diem.
niedziela, 24 lutego 2013
Zupełnie nieoptymistycznie...
Jakoś tak to, co teraz się ze mną dzieje zupełnie do mnie nie pasuje.
Zrobiło się jakoś tak mało optymistycznie. Smutno, może trochę depresyjnie.
Nic już nie cieszy.
I nie jest to ot, tak z wymysłu, znikąd i bez przyczyny.
Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Jeden wielki zamęt w głowie.
Sama nie wiem czego chcę.
Brakuje mi konsekwencji, brakuje mi samozaparcia i pomysłów.
Jestem rozdarta pomiędzy tym, co wydaje się być słuszne, a tym co roi mi się w głowie.
Nie wiem, czy tak naprawdę chcę tego, co mi się tam uroiło.
Może to presja osób z zewnątrz?
Zrobiło się jakoś tak mało optymistycznie. Smutno, może trochę depresyjnie.
Nic już nie cieszy.
I nie jest to ot, tak z wymysłu, znikąd i bez przyczyny.
Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Jeden wielki zamęt w głowie.
Sama nie wiem czego chcę.
Brakuje mi konsekwencji, brakuje mi samozaparcia i pomysłów.
Jestem rozdarta pomiędzy tym, co wydaje się być słuszne, a tym co roi mi się w głowie.
Nie wiem, czy tak naprawdę chcę tego, co mi się tam uroiło.
Może to presja osób z zewnątrz?
sobota, 16 lutego 2013
Drugie wspólne Walentynki
Nie jestem jakimś specjalnym zagorzałym fanem Walentynek, bo uważam , że miłość trzeba sobie okazywać codziennie i my właśnie tak postępujemy, ale nie jestem też ich przeciwnikiem, bo mimo wszystko lubię Go obdarowywać czymś miłym, a Walentynki to kolejna okazja, żeby Mu pokazać, że mi na nim bardzo zależy.
Tak więc 14 lutego mój K. przyjechał do mnie wieczorem z kwiatkiem doniczkowym, pięknie przyozdobionym czerwonymi serduszkami i zapakował mnie do samochodu i pojechaliśmy do naszej ulubionej restauracji na kolację, którą spędziliśmy w bardzo miłej atmosferze. Oczywiście objedliśmy się strasznie, ale Optymistyczna miała zachciankę, zachciało mi się sernika z sosem malinowym, lodami i bitą śmietaną. K. nie byłby sobą, gdyby jej nie spełnił. Ale to już było obżarstwo! Potem, żeby zrzucić to, co właśnie zjedliśmy wybraliśmy się na wieczorny, romantyczny spacer po naszym mieście.
A jak Wy spędziłyście to święto? :)
Tak więc 14 lutego mój K. przyjechał do mnie wieczorem z kwiatkiem doniczkowym, pięknie przyozdobionym czerwonymi serduszkami i zapakował mnie do samochodu i pojechaliśmy do naszej ulubionej restauracji na kolację, którą spędziliśmy w bardzo miłej atmosferze. Oczywiście objedliśmy się strasznie, ale Optymistyczna miała zachciankę, zachciało mi się sernika z sosem malinowym, lodami i bitą śmietaną. K. nie byłby sobą, gdyby jej nie spełnił. Ale to już było obżarstwo! Potem, żeby zrzucić to, co właśnie zjedliśmy wybraliśmy się na wieczorny, romantyczny spacer po naszym mieście.
A jak Wy spędziłyście to święto? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
